30.07.2014

Cypr (del 1)



Jak nie wiadomo, od czego zacząć, to najlepiej zacząć od początku. A początek był taki, że jak co roku planowanie wakacji zaczęłam tuż po zakończeniu poprzednich. W głowie był plan Portugalia lub Chorwacja samochodem (tak spodobały nam się zeszłoroczne całkowicie samodzielne wojaże) kontra wygoda i czarter gdzieś do ciepełka. Planowałam ambitnie, ze zwiedzaniem i poznawaniem nowego, tylko te cholerne kilometry i siedzeniem za kółkiem po 12 godzin, co dwa trzy dni… męczące, wieczorem trzeba się pilnować żeby rano skoro świt zerwać się na nogi i dalej gnać. Ehh, chyba nie do końca o to nam chodziło.  Najfajniejsze czartery wychodzą oczywiście ze Sztokholmu i Kopenhagi (patrząc na naszą lokalizację), więc tu pojawia się problem (chociaż jaki to problem?) dojazdu. Nie ma sprawy o ile wylot po południu i powrót rano, ale wtedy tracimy dni na miejscu. Coś za coś. Innymi słowy i tak źle i tak niedobrze.  

Pewnego pięknego dnia zostałyśmy (ja i dziewczyny) postawione przed faktem dokonanym. Kochanie, kupiłem bilety, lecimy na Cypr. Z domowego lotniska, na bite 2 tygodnie, ze zjeżdżalniami (tak sobie życzyły panny), dwa pokoje, nie będziemy sobie wchodzić na głowy.  Szczerze, sama nie wybrałabym tego kierunku w pierwszej kolejności ale cóż, darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby, szczególnie kiedy to taki nie najgorszy koń. No to poplanowaliśmy mniej więcej, w tym roku trochę mniej niż zazwyczaj, bo zabrakło czasu.


Nic tam, wróciliśmy. Było świetnie, jak zawsze.  Cypr podzielony jest na dwie części, południową cypryjską – nazwałabym ją grecką i północną pod okupacją turecką. Byliśmy w obu częściach i jedno, co mogę stwierdzić na szybko, to fakt, że nikt na tym trwającym od lat sporze nie zyskuje. O różnicach przeczytacie niebawem w jednym z kolejnych postów a dzisiaj zabieram Was od razu na wycieczkę objazdową. Jakiś czas temu moja dawna koleżanka ze studiów napisała mi, że wykształcenie zobowiązuje, zatem jak na prawdziwą TIRówkę przystało, wybierzemy się w trasę!


Objazd zrobiliśmy sobie sami, według własnych „widzimisię” omijając niestety część zaplanowanych wcześniej punktów – zabrakło nam najzwyczajniej w świecie czasu.
Mieszkaliśmy w południowo-wschodniej części wyspy, w imprezowej wiosce Ayia Napa i stąd rozpoczynaliśmy nasze wypady „za miasto”.  Samo miasteczko poza niezliczoną ilością klubów, pubów i innych nocnych domów uciech nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Klasztor i muzeum morskie giną w tłumie rozwrzeszczanych turystów i milionie kiczowatych straganów z produktami lokalnymi made in China. Sytuację ratują przepiękne plaże, zarówno piaszczyste jak i skaliste oraz lokalizacja idealna do jednodniowych wycieczek. Do plażowania miejscówka bardzo dobra, do siedzenia na miejscu, nie polecam, no chyba że planuje się wyłącznie leżakowanie bez wychodzenia po za bramy resortu.



Wracając do tematu głównego. Na Cyprze obowiązuje ruch lewostronny, więc wyzwaniem było już samo wypożyczenie samochodu, jednak mając na uwadze wcześniejsze nasze doświadczenia długo się nie zastanawialiśmy. Decyzja zapadła jeszcze przed wyjazdem. Swoboda w poruszaniu się i samodzielne gospodarowanie czasem są nieporównywalne ze zorganizowaną wycieczką fakultatywną. Zatrzymujesz się kiedy chcesz, gdzie chcesz i na jak długo chcesz. Zaglądasz w każdą dziurę i szerokim łukiem omijasz grupy z parasolką. Na minus mamy oczywiście kwestię informacyjną i świadomość, że nic złego nie stanie się z pojazdem, no ale coś za coś. W ten sposób zjechaliśmy wcześniej Rodos i Zakynthos i bardzo nam taka opcja odpowiadała.


Krótka chwila grozy przy pierwszych kilometrach i zjeździe do trasy głównej a potem już jedzie się dobrze. Usilne próbowanie zmiany biegów prawą ręką (uderzając w drzwi) i nieudolne manewrowanie lewą to i tak nic w porównaniu do wjazdów na ronda. Naprawdę, trzeba być bardzo skupionym żeby z rozpędu nie wjechać pod prąd. Całe szczęście miejscowi są bardzo wyrozumiali i mają na uwadze fakt, że wśród turystów (pomimo przeważającej w większej części Brytyjczyków) są kierowcy, którzy na co dzień jeżdżą prawą stroną. Generalnie cypryjskie drogi są w dobrym stanie, z jasnymi opisami i informacjami. Ograniczenie prędkości do 100 km/h (uwaga na radary) oraz bardzo wysokie mandaty – wyrzucenie śmieci przez okno samochodu może nas kosztować 854 €. Wzdłuż południowego wybrzeża biegnie dwupasmowa droga szybkiego ruchu, którą w ciągu około dwóch godzin można dostać się z jednego końca wyspy na drugą.

Nasza trasa biegła od wspomnianej Ayia Napy poprzez Larnakę i Limassol (Lemesos) do Pafos.  To tam rozgrywały się najważniejsze historyczne wydarzenia na wyspie. Miasto powstało około 320 r. p.n.e. założone przez Egipcjan. Później za czasów Cesarstwa Rzymskiego rosło w siłę. Pozostałości, ruin i nawiązań do wydarzeń mitologicznych jest w tym miejscu tak dużo, że Pafos, jako całe miasto zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa. W linku bardzo przydatna MAPA PAFOS 


Do Pafos wjechać można w dwojaki sposób, kierując się na północ do nowej części miasta Pano Pafos lub wzdłuż brzegu, kierunek stary port rybacki – Kato Pafos. My wybraliśmy drugą opcję, bo tam skupiała się większość interesujących nas zabytków. Bezpośrednio przy nabrzeżu znajduje się duży darmowy parking. Tam zostawiamy samochód. W jednej z licznych kafejek przy marinie pijemy mrożoną kawę i kierujemy się w stronę Fortu z XIII wieku, przekształconego później w więzienie. Wejście poprzez most zwodzony, wstęp płatny  2,5 €. Warto poświęcić kilka chwil chociażby dla samych widoków. Patrząc w kierunku północno – zachodnim widzimy ruiny dawnych domostw rzymskich dostojników, dawny teatr i latarnię morską. Tam koniecznie musimy się udać, bo to główny cel naszego dzisiejszego wyjazdu.


Myślami cofamy się do roku 1962. Wiejski chłop orze swoje nadmorskie poletko, ziemia kiepska, wysuszona gorącym słońcem, tylko drzewa oliwne i figowce są w stanie znieść taką suszę… Tak możemy sobie wyobrazić moment, kiedy to jeden z miejscowych rolników odkrywa, iż pod jego nogami znajdują się ruiny dawnego cesarstwa.  
Na dzień dzisiejszy znane i odkryte są dawne domy Dionizosa, Tezeusza, Aiona i Ofreusza. Głównym celem badawczym są bardzo dobrze zachowane mozaiki. Drobno ułożone kawałki równo przyciętego kamienia w różnych kolorach, ciągnące się metrami. Fenomenalne! Badania i odkrywki na tym nowym – starym obszarze trwają do dziś i możemy się tylko domyślać, że jeszcze dużo pozostało do odkrycia.  Ciekawostką jest fakt, że od 1965 roku pracowali nad nimi badacze z Uniwersytetu Warszawskiego. Ziemne „obrazy” przedstawiają głównie sceny z życia, portrety czy historie mitologiczne. Sąsiadująca agora i amfiteatr wskazują, że to właśnie tu znajdowało się starożytne miasto Pafos. Na zwiedzanie tego obszaru założyliśmy wstępnie około 2 godzin, co okazało się niewystarczające.


Dla wytrwałych mały przerywnik tematyczny.

***
Na terenie kompleksu znajduje się budynek z wystawą dotyczącą ptaków. Cypr jest ważnym punktem podczas lotów międzykontynentalnych (Europa, Afryka i Azja).  Każdej wiosny i jesieni nad wyspą przelatuje ponad 200 gatunków, co daje około 150 milionów ptaków! Około 40 gatunków podczas swoich podróży zatrzymuje się na wyspie i zakłada gniazda, część składa również jaja. Ogólnie (miejscowe i goszczące) na Cyprze notuje się około 400 gatunków ptaków.  Motyw ptaków odnaleziony został również na mozaikach i przedmiotach użytkowych z obszaru dawnego polis.  Warto zajrzeć. Wstęp wliczony w cenę główną, za zwiedzanie całego parku archeologicznego zapłaciliśmy 3,5€ / os. Atrakcja warta każdego centa.


Kierując się na północ miasta zahaczamy o cypryjską tawernę, gdzie jemy jeden z najlepszych lunchy całego wyjazdu ( o jedzeniu też będzie osobny post), a następnie mijamy Katakumby Agia Solomoni. Historia mówi, że Samlomoni była jedną z pierwszych która przeszła na tym obszarze na chrześcijaństwo, a katakumby były miejscem gdzie ukrywała się przed prześladowaniem ze strony Rzymian.  Nie wiedząc o istnieniu tego miejsca można minąć je niepostrzeżenie. Naszą uwagę przykuły wiszące na drzewie białe kawałki materiału, zostawiane jako ofiara dla Solomoni, przez odwiedzających.


Około trzy kilometry na północny zachód od centrum (nad brzegiem morza) znajduje się kolejny park archeologiczny (wstęp 2,5€). To tak zwane grobowce królewskie. Tak naprawdę nie znajdziemy tam grobowców żadnych władców, a jedynie wysokich rangą dostojników państwowych. Niektóre są tak wielkie, że wyglądem przypominają domy. Za każdym razem, kiedy jestem na terenie starożytnych ruin nie mogę wyjść z podziwu, że wszystko to zostało wykonane ręcznie, bez użycia specjalistycznych maszyn. Niesamowite! Jaka siła, jaka precyzja. Tutaj też warto poświęcić kilka chwil na dokładne obejrzenie, szczególnie że samo dojście z centrum do grobowców do najłatwiejszych nie należy. Warto mieć ze sobą wodę i coś do ochrony głowy. 


Z grobowców drogą na skróty, małymi uliczkami miasta, przebijamy się do północnej części.  Samo centrum szczególnie nie zachwyca, jedno co według nas warto było odwiedzić to miejski bazar. Czynny codziennie oprócz niedziel, od wczesnych godzin porannych do 14:00. Na rynku czeka na nas oczywiście zalew produktów przygotowywanych pod typowego turystę, czyli figurek, plakietek i innych życiowo (nie)zbędnych przedmiotów, my jednak nie po to tu przyczłapaliśmy. A człapać trzeba było wysoko, bo rynek leży na samym szczycie wzgórza. Zdążyliśmy tuż przed zamknięciem. Sprzedawcy chowają wystawki i zamykają już swoje stragany, a uliczki robią się puste. Nam zależy, szukamy skórzanych sandałów dla S., klasycznych w tzw. stylu gladiator, z paskami i zapięciem przy kostce. Sama zdzieram obecnie drugą parę, pierwsze służyły mi 5 lat, drugie obchodzą w tym miesiącu drugie urodziny. Wygodne, mocne, wytrzymałe, z prawdziwej skóry, praktyczne bo zniosą bez problemu deszcz, ręczna robota … same zalety. Również cena zachęcająca, bo zazwyczaj oscylują w granicach 20 € i więcej moim zdaniem nie powinno się za nie zapłacić. Jako ostatni klienci tego dnia, kupujemy.


Z bazaru wychodzimy przez zachodnią stronę. Przed nami widok taki, że zapiera oddech. Patrzę na zdjęcia i już mnie tak nie zapiera, widać fotograf ze mnie kiepski. Czuliśmy, że wchodziliśmy wysoko ale nie aż tak. Krótkie odsapnięcie w cieniu i schodzimy. Mijamy eleganckie kamienice (urzędy) oraz biedne obdrapane bloki mieszkalne. Tą szczególną różnicę w wyglądzie zauważyliśmy też w innych miastach. Użytki publiczne bardzo zadbane, z wystrzyżonymi trawnikami oraz równą kostką brukową, domy zwykłych ludzi to często kostki pokryte cienkim słomianym dachem lub gipsowymi płytami. Piękne drewniane okiennice kontra metalowe siatki. Kraj kontrastów.


Mamy już popołudnie, a przed nami jeszcze kilka atrakcji. Wracając do samochodu decydujemy, że odpuszczamy Kourion i Choirokoitia, kolejne kompleksy archeologiczne i jedziemy prosto na plażę, na skały Afrodyty…  

ale o tym następnym razem.





Wytrwałym, którzy przebrnęli przez cały tekst gratuluję :D  




07.07.2014

szwed w samolocie




Nareszcie. Za kilka dni wyłączę komputer i pójdę po walizkę. Załaduję, przemyślę, przeładuję, dołożę, odłożę, zważę… Wakacje, urlop, słodkie lenistwo… hmmm, wstęp jak setki innych, do czego piję.. 

Kilka dni temu natknęłam się na świetny artykuł traktujący o podróżach, zgrabnie złożony w kilka punktów i okraszony zdjęciami tematycznymi. Pomyślałam sobie wówczas, że jednak niezależnie od tego gdzie jesteśmy, w jakim kraju żyjemy i w jakich kręgach przebywamy, dotyczą nas te same sprawy. Drażnią nas tak, że chcemy krzyczeć, trzaskać z otwartej łapy i natychmiast wracać do domu.

Dzisiaj o tym, czego nie robić podczas podróży samolotem, na początek widziane oczami pracowników linii lotniczych, a potem samych Szwedów. Jak się przekonacie, temat jest bardzo uniwersalny , a problem dotyczy obu stron.

 Foto: szwedzki klasyk filmowy: ”Sällskapsresan eller Finns det svenskt kaffe på grisfesten – The Charter Trip”, 1980 

03.07.2014

Zamek Kronoberg



Lato w Szwecji. Deszcz, szaro, buro… Niestety, taki obrazek nie jest mieszkańcom Kronobergu obcy. Nasz okolica jest bardzo mocno zalesiona, tak więc ściąga na siebie deszczowe chmury i nad wyraz mocno potrafi udowodnić człowiekowi, że obieg wody w przyrodzie to nie jest wymysł naukowców. Ale nie o tym dzisiaj, bo lato w Szwecji może być przecież też słoneczne i gorące, tak – zdarzają się i takie wypadki. Pamiętam, że w lipcu 2010 temperatury przez praktycznie dwa tygodnie trzymały się na poziomie 30’c, dzień w dzień i do tego ani kropli deszczu. Nie co roku zdarzają się takie anomalie, dlatego tak dobrze zapadają w pamięci. Tegoroczne lato aż tak bardzo nas nie rozpieszcza, co jednak nie przeszkadza w organizowaniu wypraw nad wodę i nie tylko. 

Dzisiejszy post będzie kontynuacją naszych podróży po Smalandii. Tym razem zostajemy w Växjö, a właściwie na jego obrzeżach. Na początek trochę suchych faktów a potem już same rozrywki.  Nie chcę szczególnie zamęczać Was historią, jednak uważam że kilka słów tytułem wstępu się należy.

foto: Mark Davenport

24.06.2014

rucolowe pesto



Aż strach sprawdzać prognozy pogody! Chociaż z drugiej strony, co to za nowość że leje. Szczególnie zakorzenić się na szwedzkiej ziemi jeszcze nie zdążyliśmy ale z obserwacji wnioskuję że lata bez deszczu raczej się tu nie uświadczy. Podlewa nas co roku. Najpierw pokusi ciepełkiem w maju żeby w drugiej połowie czerwca i przez praktycznie cały lipiec (no ok, kilkanaście słonecznych dni pod rząd  też się czasem zdarza) lało jak z cebra, siąpiło, mżawiło, niby nie padało ale coś tam cieknie… sucho w każdym razie nie jest. A kosić trzeba. Jeszcze by wielkiego problemu z koszeniem nie było gdyby człowiek mógł się w wolnej chwili walnąć na leżak tudzież hamak i ponicnierobić. A tak to tylko kalosze i ślimaki.

22.06.2014

22.06.2000




Wody odeszły a ja zdążyłam jeszcze obejrzeć do końca odcinek Klanu. Spokojnie, wszystko w głowie ułożone, torba przygotowana, moja Pani doktor będzie na mnie czekać tak jak obiecała… Nie było jej, złamane biodro czy noga, kończyna jakaś, pamiętam jak przez mgłę. Telefon. Nie martw się, oni się tobą dobrze zajmą. Osobny pokój, piękna lampka nocna, fajnie byłoby mieć taką w domu…
Przed północą było już po. 

Tak mamo, dziewczynka, piękna jest. Nogi grube jak serdelki, tak, tak, wiem, wyrośnie… Dziwne, bo ja nie wyrosłam. 

19.06.2014

Lövmarknaden -w przeddzień święta Midsommar



Karlskrona (region Blekinge), nadmorskie miasto szczególnie popularne wśród osób podróżujących do południowej Szwecji drogą morską. Położone na ponad trzydziestu wyspach, z zabytkami wpisanymi na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Dla mnie miasto szczególne, bo pochodzi z niego mój mąż, nadal w okolicy mieszkają teściowe, a i pierwsze kroki na szwedzkiej ziemi stawiałam właśnie tam.
Ze względu na jutrzejsze Midsommarafton postanowiłam przybliżyć Wam dzisiaj miejscowe obchody w przeddzień tego święta.

foto

Lövmarknaden to odbywający się tradycyjnie od ponad 200 lat targ. Dawniej organizowany był w samym centrum miasta, na rynku i skupiał się przede wszystkim na handlu brzozowymi gałązkami, wieńcami ozdobnymi oraz kwiatami potrzebnymi do ozdobienia zagród na obchody najkrótszej nocy w roku.  Sama nazwa wskazuje na główny trend handlu – liście. (löv – szw. liść). Targ pod taką nazwą funkcjonuje od 1871 roku.

17.06.2014

prace ogrodowe (del 3) - zbiory




Niech ktoś zgasi światło! Do napisania tego posta zbierałam się dwa tygodnie. Tik, tak, tik, tak…

Wówczas, przy pierwszym zbiorze radość moja była niesamowita, ależ wszystko pięknie wschodzi, jakie słodziutkie maleństwa. Na dzień dzisiejszy nie wierzę własnym oczom. Naprawdę nie sądziłam, że narośnie tego aż tak dużo!  Mogę sobie jedynie pluć w brodę za to, że nie wpadliśmy wcześniej na genialny pomysł zagospodarowania skrzyń warzywnych. Przecież to taka wielka różnica. Ziemia nagrzewa się o niebo lepiej, nie atakują nas (z małymi wyjątkami latających samosiejek) żadne chwasty, ilość czarnych zmór ograniczyła się do minimum, jednym słowem idealnie.

13.06.2014

glasriket - królestwo szkła




Dzisiaj drugi post z nowej krajoznawczej serii. Pierwszy przeszedł jak burza i wcale się nie dziwię, bo „co robić w Szwecji” pojawia się praktycznie codziennie w głównych wynikach statystyk bloga. Jak to co robić? W Szwecji można robić wszystko, czego dusza zapragnie!  Tym razem wybierzemy się do Krainy Szkła zwanej Glasriket.


10.06.2014

Smörgåsbord - szwedzki stół kanapkowy



Powoli zbliżamy się do jednego z najważniejszych dni w roku każdego przeciętnego Szweda. Serio, żadne tam Wigilie czy Wielkanoc! Szwedzi uwielbiają białe noce i imprezy na świeżym powietrzu. Temperatury może nie powalają na kolana, ale dwie dyszki są już zadowalające i wystarczają na tyle, żeby spędzić długi wieczór na tarasie czy w ogrodzie. A wieczór nie jest byle jaki, bo to letnie przesilenie i najkrótsza oraz najjaśniejsza noc w całym roku. Midsommarafton. Nie napiszę że Midsommar, bo w tym dniu akurat zbyt wiele się nie dzieje, większość wtedy nazwijmy to ładnie, odpoczywa w pozycji horyzontalnej i uzupełnia płyny. Zresztą przeczytajcie podlinkowany post, który poczyniłam w zeszłym roku, film którym kończę mówi więcej niż milion słów!

Midsommarafton to wieczór, a właściwie noc, kiedy potomkowie Wikingów najadają się do syta, piją jeszcze więcej niż jedzą, tańczą „małe żabki” (Små grodorna) wokół krzyża mającego za symbol penisa wbitego w ziemię (tak, penisa) ku płodności ziem i dobrych zbiorów, przy okazji robiąc całą masę różnych innych szalonych rzeczy, czego efektem jest zawyżona liczba narodzin w marcu i kwietniu. Jak sami twierdzą:  Sommar, semester, sill och nubbe – då trivs vi” (Lato, wakacje, śledzie i wódka – wówczas nam dobrze).

Dzisiejszy post nie będzie dotyczył ani kultury picia ani też przygód na stogach siana, dzisiejszy post będzie traktował o szwedzkim stole, zwanym stołem kanapkowym.

foto

06.06.2014

Nationaldagen - dzień flagi w Szwecji


Trochę historii dobrze znać, co nie? W ciągu ostatnich dni w moim najbliższym otoczeniu rozkręca się coraz bardziej szaleńczy, żołto-niebieski klimat, sklepy zawalone są flagami, wstążkami i innym papierowo-grillowym badziewiem w jedyny słuszny deseń, świętowanie chcąc niechcąc udziela się wszystkim, dlatego też postanowiłam przybliżyć Wam kilka faktów związanych ze szwedzką flagą.

Foto: Affisch.”Den 6 juni, Svenska flaggans dag, Stadion Skansen, Hasselbacken.” Original G. Ankarcrona 1916. Nordiska museets fotoatélje, Nordiska museet.

04.06.2014

rabarbar i pomarańcze



W końcu się zmobilizowałam. Albo inaczej, deszcz i chłód mnie przegoniły. Czyżby nadeszło prawdziwe szwedzkie lato? W każdym razie odkopuję temat sprzed dobrych dwóch czy nawet trzech tygodni, bo wtedy wydarzenia te miały miejsce.  

Zbieram szybko zanim się skończy. Gdzieś pomiędzy pierwszymi truskawkami i oczekiwaniem na porzeczki i agrest przypomniałam sobie o wyrośniętych już ponadprzeciętnie badylach rabarbaru. Trochę należałoby przesypać cukrem i zamrozić, a część zamknąć w słoiki. Ku uciesze wszystkich poczyniliśmy zapasy i kilka słoiczków powędrowało do piwnicy. Co do domowego składziku, sytuacja jest coraz to bardziej napięta bo zeszłorocznych zapasów jeszcze trochę mamy, a za chwilę bez, porzeczki, agrest, czereśnie, jabłka… wszystko na miejscu i do przerobienia, a tam piętrzą się słoiki z dobrodziejstwem.

Dzisiaj robimy rabarbar.
Sprawa jest banalnie prosta i szybka do wykonania. Może nawet podczas leniwego sobotniego śniadania. Wy będziecie jeść i rozkoszować się długim porankiem a dżem zrobi się sam.


28.05.2014

perły zielonego Växjö



Växjö, w okolicy którego mieszkamy, od wielu lat uznawane jest za najbardziej zielone miasto Europy. Już w latach 80-tych ropę zaczęto zastępować biomasą w celu zmniejszenia wydzielania szkodliwego dwutlenku węgla, właściciele willi przeszli na ogrzewanie peletami i za pomocą paneli słonecznych, a z samochodów wielu przesiadło się na rowery… ale nie o tym dziś.

foto:vaxjo.se

23.05.2014

o radościach życia i 7 bombach



Co jakiś czas słyszę od znajomych nooo widzę że ci się ułożyło, rozkwitasz, lepiej się żyje…



Otóż nie.

Nie zawsze „lepiej” znaczy lepiej. Bo czym mierzyć taki komfort życia? Radością? Ok. W jakiś sposób szczęśliwsza jestem na pewno ale czy niższym poziomem bezrobocia i wyższym statusem materialnym można określić spełnienie? Może swobodą wyrażania opinii? Równouprawnieniem? 

A gdyby wziąć na ten przykład taki sok jednodniowy… Najzwyklejszy taki z marchewki, bez dodatków cudownych składników z głębi lasów amazońskich, naparów z nóg komara i porannej rosy. Zwykły, codzienny, zupełnie naturalny. Zastanawialiście się kiedyś ile taka „niedostępna” rzecz może sprawić radości?

21.05.2014

Kupujemy dom w Szwecji! - post gościnny na Szwecja Dzisiaj




Kilka miesięcy temu miałam ogromną przyjemność nawiązać współpracę z portalem informacyjnym Szwecja Dzisiaj.  W ramach większego projektu „poradnik emigranta” i naszej szwedzko – polskiej przyjaźni powstał post o tematyce trochę wnętrzarskiej, trochę lifestylowej, bardzo naszej. Dotyczył kupna domu w Szwecji. Jak wiadomo informacje poparte doświadczeniem są najbardziej wiarygodne, post pisał mi się w miarę lekko i sprawnie. Przedstawiam Wam moje dotychczas nie publikowane na blogu „dziecko”… Osoby śledzące na facebooku możliwe że treść już znają, tych którzy jeszcze się nie natknęli, zapraszam do lektury.



Marzy mi się domek, taki malutki, malowany na czerwono, z białymi okiennicami i gankiem. I żeby miał ogród – koniecznie. I własny sad… Ileż to razy słyszeliśmy takie wyznania, ilu z nas marzy o domu z dostępem do jeziora lub położonym nad kamienistym brzegiem zatoki?

Jak z perspektywy osoby, która ma już to za sobą, wygląda sprawa zakupu oraz modernizacji domu w Szwecji? – opowiada i wątpliwości rozwiewa Karolina Johansson.
Fotografia przedstawia pierwszych właścicieli domu. ok. 1930 r. 

19.05.2014

przyłapane na gorącym uczynku # 9



Halo halo po upalnym weekendzie! No dobra, w niedzielę po południu trochę nas podlało, zakładam że to tak w ramach wyrównania poziomu rozkoszy – za dobrze być nie może. Dzisiaj tylko trzy linki. Dlaczego? A dlaczego nie! Trzy treściwe. Dnie coraz dłuższe, czasu nie przybywa…